kontakt
Odnowa | David | Książka | Wiosna | Dersu | English |

Tydzień Biblijny 2016

Niedziela w nocy

To, co było mówione o Biblii było bardzo fajne, choć mam wrażenie, że z konieczności takie ułagodzone. Pewnie wielu ludzi ze wspólnoty wyraziło by to bardziej osobiście. Ja mam doświadczenie bardziej radykalne, ale nie z każdym mogę się nim podzielić. Spróbuję...

Sam doświadczyłem tego, że Biblia jest jak kalendarz, jak zegar. Czytania na dzień odmierzają czas. Trzeba to jednak wyrazić bardzo konkretnie. To jest tak, jak z moim terminarzem. Otwieram terminarz i czytam: dziewiętnastego mam wizytę u dentysty, dwudziestego idę z dziećmi do ortodonty, dwudziestego pierwszego dzieci mają angielski a my lekcję tańca, następnego dnia jest wyjazd na sparing itd. Terminarz organizuje mi czas. By działać skutecznie muszę działać zgodnie z terminarzem. To oczywiste.

Podobnie jest z czytaniami na dzień. One organizują życie. I to wcale nie w tym sensie, że każą mi danego dnia zwracać uwagę na jakiś problem, bo to było by głupie, powierzchowne, religijne. Czytania na dzień są mistyczną odpowiedzią na rzeczy, które spotykają mnie w życiu. Często jest tak, że wieczorem albo w nocy czytam czytania z dnia, który mija i okazuje się, że to właśnie wydarzyło się w moim życiu co było napisane w czytaniach na ten dzień. Jeśli działamy w Jedności to wydaje się, że świat się kręci wokół nas. Jeśli osią mego istnienia jest Bóg to faktycznie jestem w centrum świata. Jeśli osią mego istnienia jest ego to znów jestem na peryferiach świata, odrzucony, zapomniany, nieważny...

Ta świadomość sprawia ogromną różnicę. Albo Biblia jest zwykłą książką, która po prostu tylko bardziej nas uwrażliwia, bardziej umoralnia nas niż inne książki... Albo Biblia jest tą książką, jedyną książką i więcej niż książką. Jest zegarem świata. To wspaniały obraz nagle zobaczyć, że świat jest opisany przez Biblię. Że dosłownie najpierw było słowo, najpierw była Biblia a potem był świat. My podchodzimy to tego racjonalnie. Uważamy, że Pismo pisali różni ludzie w różnym czasie. Błąd jednak polega na tym, że mamy złe wyobrażenie tego czym jest czas. Wierzymy w przeszłość i przyszłość, wierzymy w to, że czas jest linearny, że płynie. Tymczasem Biblia została stworzona nie w takim czasie, ale ona została stworzona w teraźniejszości. Biblia została napisana w jednej chwili. Od razu, w całości, doskonale. Pisanie jej przez ludzi nie było tworzeniem jej, ale tylko wypełnianiem tego, co było przez nią określone. Kiedy tak spojrzymy to zrozumiemy to, że i dziś się to dzieje. Biblia jest ciągle żywa. Ciągle się wypełnia między innymi poprzez czytania z dnia.

Mam taki swój własny obraz, swoje wyobrażenie tego, ale to oczywiście jest moje, subiektywne, niedoskonałe. Otóż ja to widzę jak grę w bierki. Bierki rozsypują się w jednej chwili, w mgnieniu oka. One się rozsypują dla danej gry tylko raz, niepowtarzalnie, idealnie. Potem tylko podbieramy te bierki po jednej, zgodnie z tym jak one się rozsypały. Podobnie jest ze światem i Biblią. Biblia nie jest próbą opisu świata, bo wtedy było by tak, jakbyśmy odwrócili grę i próbowali układać bierki zamiast je zdejmować. Biblia najpierw powstała w Bogu, w Duchu świętym. Biblia jest opisem świata, który miał powstać i który ciągle powstaje. Przecież grając w bierki nie wybiegamy w przyszłość i nie planujemy że na przykład za trzy ruchy sięgniemy po jakąś konkretną bierkę. Działamy zgodnie z logiką chwili. Koncentrujemy się na obrazie gry, który ukazuje się w danej chwili. Tak właśnie jest z czytaniami na dzień. Nie ma sensu wybiegać w tak zwaną przyszłość i planować życia zgodnie z Biblią. Trzeba działać zgodnie „z rytmem, który słyszymy” w danej chwili. Zatem tego porównania do terminarza też nie można traktować dosłownie, banalnie. W ogóle trudno to opisać jeśli się tego samemu nie doświadczyło.

Na koniec rodzi się ciekawe pytanie: dlaczego? Dlaczego świat jest właśnie taki? Dlaczego Bóg tak napisał Biblię a nie inaczej? Dlaczego jestem tym kimś a nie kimś innym? Dlaczego mam takie życie a nie inne? Tak naprawdę to pytanie było we mnie od samego początku, od dziecka, jeszcze w okresie prenatalnym. Od chwili oddzielenia od Jedności. Bo ono rodzi się wtedy, gdy oddzielamy się od Jedności. Gdy trwamy w Jedności one nie jest potrzebne. Ono znika. Gdy żyjemy w Jedności nie pytamy, tylko cieszymy się. Życie mistyczne dla racjonalnego umysłu to szaleństwo. Owszem, ten racjonalny umysł jest wspaniałym narzędziem, ale tylko narzędziem. Jest narzędziem, które przez samą swą budowę ogranicza nas w poznaniu świata. Świata, który przecież nie powstał z racjonalnych pobudek, ale z miłości, z szaleństwa. Więc jakby racjonalny umysł mógł zrozumieć świat? Obserwując coś, starając się to poznać wpływamy na to, co chcemy poznać. Proces poznania uniemożliwia poznanie. Wszelka próba poznania jest niedoskonała, bo tylko bycie w Jedności jest doskonałe. Współczesna fizyka już doszła naukowo do takich wniosków, ale my ciągle tkwimy w wyobrażeniach starej nauki, ciągle wierzymy w szkiełko i oko.

I jeszcze jeden wniosek, którego doświadczyłem. Biblia i Duch święty są awersem i rewersem tego samego. Są zupełnie różnym obrazem tego samego. Biblia jest konkretna, namacalna, niezmienna. Duch święty ciągle żywy, ciągle w ruchu, nieuchwytny. Nie chcę tu opisywać tego, bo przecież nie chodzi o udowadnianie czegokolwiek. Po prostu warto zobaczyć to, że jedno nie istnieje bez drugiego. Nie ma Biblii bez Ducha świętego, a Ducha świętego bez Biblii. Są nierozdzielną całością. Gdy to nagle ujrzymy to zrozumiemy jak bardzo niedoceniony jest Duch święty.

Mówimy o Bogu zupełnie jakby to było coś poza nami. To mówienie o Bogu jest jak wstrzymywanie powietrza pod wrażeniem jakiegoś wydarzenia. Bóg jest tak wielki, że spotykając Jezusa wstrzymujemy powietrze. To oczywiście ładne tak szanować Boga, ale nie można tak stale żyć. Nie można złapać w płuca Boga i tak trzymać. Powinniśmy oddychać Bogiem. Nie ma na tym świecie rzeczy bardziej naturalnej niż Bóg. On jest jak powietrze. W każdej chwili służy nam do życia, do oddychania. Oddech to rytm, to najbardziej pierwotny zegar. Oddechem Boga są dni i noce, a zegarem – Biblia. I to wcale nie są poetyckie metafory, ale konkret życia. Wspaniale jest Boga czcić, uwielbiać, ale nade wszystko trzeba Bogiem żyć, oddychać. Bóg, Jezus, Biblia, Duch święty... wszystko jest Jednością i my także. Nie trzeba robić nic, jeśli się jest w Jedności, bo wszystko samo się dzieje, a nawet my sami się dziejemy. Wiem, że głupio to brzmi, ale to nie mój problem, tylko problem racjonalnego umysłu, który tego nie potrafi wyrazić.

Oczywiście cały ten mój powyższy opis nic nie jest wart, a może nawet być szkodliwy dla kogoś kto chciałby zrozumieć Boga. Trzeba tego samemu doświadczyć. Wspaniały jest obraz powstania świata jaki daje Biblia, ale to już historia na innego maila.

Niedziela

Teraz przypomniałem sobie, że przecież dziś zaczyna się tydzień biblijny. Zatem to, co napisałem w nocy było zrobione w swoim czasie, w zgodzie z bożym czasem. Oczywiście to nie jest żadna obiektywna wiedza biblijna, a tylko próba usystematyzowania mojego zrozumienia Pisma z zaledwie ostatnich miesięcy. Wiedzę czerpie się od innych ludzi, natomiast zrozumienie przychodzi z własnego ciała, z namacalnego osobistego życia, a w tym przypadku z porównywania Biblii do mojego codziennego życia.

Oczywiście nie musisz tego czytać. Piszę, bo lubię to robić, a nie po to, by kogoś przekonać. W ogóle nie wszystko potrafię wyrazić. Jak napisać to, że Biblia jest odciskiem Ducha świętego? Że jest jakby fotografią Ducha świętego? Ludzie niecywilizowani wierzyli, że na fotografii pozostaje dusza osoby fotografowanej. Nie potrafili zrozumieć jak to możliwe, że kogoś kto jest w ruchu, kto jest żywy można uwiecznić na obrazie. Podobnie jest właśnie z Biblią. Biblia to Duch święty, ale w innym wymiarze i czasie, w czasie innego rodzaju niż ten, który znamy.

Powiedzieć, że Duch święty jest żywy, że jest w ruchu już jest błędem. Należałoby raczej powiedzieć, że Duch święty jest życiem, jest ruchem, tak jak mówimy że Biblia jest słowem. Im bardziej przechodzimy od religijności do mistyki tym trudniej to przekazać, choć z drugiej strony tym łatwiej to zrozumieć. Biblii nie mamy czytać, mamy ją zjeść. Ducha świętego nie mamy wielbić, mamy nim oddychać, poruszać się w nim i być poruszanym przez niego.

Sęk w tym, że nasze pojęcia służą do opisu świata podzielonego, a nie do opisu Jedności. Opisywanie Jedności jest podobne do mazurków Chopina. Są piękne, cały świat się nimi zachwyca, ale ile mają wspólnego z autentyczną ludową muzyką, którą słyszał Chopin w dzieciństwie? Niewiele, ale dobrze że są, bo zachowały ducha tamtej muzyki. Dlatego warto próbować opisywać czym jest Jedność pomimo tego, że jest to z góry skazane na porażkę.

Przejdźmy jednak do konkretów. Księga Rodzaju 1,1. Już w pierwszym zdaniu Biblii zderzamy się z niemożnością wyrażenia Jedności. Nie można tego rozumieć banalnie: jakiś bóg stworzył jakieś niebo i jakąś ziemię. Trzeba sobie to wyobrazić, odczuć stworzenie świata na sobie samym. Trzeba usiąść w ciemności, w ciszy. Wyobraź sobie. Nie ma niczego i nikogo poza tobą. Jesteś niepodzieloną Jednością. Nie ma żadnych relacji, żadnych więzów. I co najważniejsze nie ma też świadomości samego siebie. Jeśli istnieje tylko jedno to jak mogłoby być świadome? Nieświadomość zaś to ciemność. Ciemność absolutna, bezdenna, nie ograniczona żadnymi ścianami. Ta ciemność wcale nie jest negatywna. Jest naturalna, logiczna. Wypływa z samej natury Jedności. Nie może być inaczej. Jedność i nieświadomość (ciemność) są tym samym. To nie są dwa różne byty, ale ciągle tylko jeden przedwieczny byt.

I nagle rodzi się świat. Dlaczego? Z tęsknoty, z miłości, z szaleństwa? Nie wiem. Być może Bóg zapragnął zobaczyć swoją twarz. Dość miał już ciemności. Być może. „Niech stanie się światłość” - czytamy w Piśmie. Znów będziemy w błędzie jeśli pomyślimy banalnie, że staruszek Bóg zapalił kosmiczną żarówkę. Światłość była naturalną konsekwencją. Nie mogło być inaczej. To są pierwsze słowa, które wypowiada Bóg i rzeczywiście to było pierwsze, co się stało. Musiała pojawić się świadomość, światłość. Dobrze wiemy, że tą światłością jest Jezus. On jest światłością świata, był, jest i będzie światłem świadomości wszystkiego co żyje.

Co zobaczył Bóg, gdy stała się jasność? Mógł zobaczyć tylko jedno: Jedność, samego siebie, swoją twarz, Ducha świętego, Biblię, świat. Jak to możliwe? Najprościej było by wyobrazić sobie to tak: Siedzisz w ciemności tak jak napisałem powyżej, nagle włączasz światło i widzisz samą siebie. Okazuje się, że po prostu patrzysz w lustro. Te lustro nie ma ramy, nie ma początku ani końca. Te lustro nie jest martwe, nieruchome, ale ono samo jest życiem, ruchem. Jesteś tylko ty, światłość (nie światłość, którą ma jakieś źródło, ale światłość sama w sobie) i to niesamowite lustro. I tu mamy Trójcę. Świat nie mógł powstać inaczej niż poprzez Trójcę świętą.

Bóg zapragnął poznania samego siebie w całej pełni. Można powiedzieć, że w tamtym momencie zrobił fotografię. Zrobił sobie autoportret – jak to mówią dziś „sweet focię”. Ta fotografia to Biblia. Można powiedzieć z jednego punktu widzenia, że Biblia powstała przed powstaniem świata, a z drugiego punktu widzenia, że Biblia jest żywa, że ciągle trwa w teraźniejszości. Biblia jest jakby odciskiem Ducha świętego, odciskiem świata, który Duch święty miał wprowadzić w czyn. Biblia jest tą uwiecznioną na papierze fotograficznym duszą świata. W centrum tej fotografii jest uwieczniony Jezus – obraz pełni człowieczeństwa.

Znów mnożymy pojęcia, ale przecież ciągle chodzi o Jedność. Bóg, Jezus (świadomość, światłość) i Duch święty (którego „rewersem” jest Biblia) są Jednością. Z tej Jedności w dzieciństwie wychodzimy i oswajani przez Boga do niej świadomie powracamy. Jako niemowlęta żyjemy teraźniejszością, jako dorośli żyjemy iluzją przyszłości, a jako starcy żyjemy przeszłością – to nie Biblia, ale mit o Edypie, zagadka Sfinksa. Ktoś mi ostatnio powiedział, że „starość to jedyne co się Bogu nie udało”. Myślę, że nie rozumiemy starości, nie rozumiemy bożej logiki. Bóg mówi: Mariusz, wyszalałeś się już, zrobiłeś już tyle razy z siebie błazna, pora się uspokoić, pomyśleć o powrocie do domu i każe mi zwolnić, chodzić „na trzech nogach”. No, może jeszcze taki stary nie jestem, ale tak chyba to powinno wyglądać. Starość to czas przewidziany przez Boga na nasz rozwój duchowy. Czas na odnalezienie samego siebie w Biblii.

Czym jest wobec tego całe nasze dorosłe życie, wszystkie te iluzje, pragnienia, grzeszności? To zaledwie kurz na lustrze. Pyłki kurzu, które Bogu psują przyjemność wpatrywania się w obraz własnej twarzy. Problem bierze się z tego, że porównujemy nasze życie do życia innych ludzi. Gdy spostrzegamy, że ktoś ma czegoś więcej niż my to staramy się zmienić naszą rzeczywistość. Odchodzimy od bożego obrazu, na rzecz własnego obrazu, którego zarysy mamy w naszych umysłach. Zaczynamy walczyć ze światem i z samym sobą. Starość to czas gdy Bóg odbiera nam siły a czasem i rozum, by już nie walczyć, by po prostu być. Produkujemy wtedy mniej kurzu i Bóg się cieszy. Ma mniej do zdmuchiwania z lustra.

I tak od początku świata doszedłem do końca życia. Bardzo mi się dziś podobało to, jak ksiądz Szymon zapomniał pobłogosławić alby. Ach, co by to było gdyby ludzie byli tak poruszeni czytaniem Biblii jak rodzice dzieci pierwszokomunijnych byli poruszeni tym zdarzeniem? Zobaczyliśmy dziś w kościele całe piękno Ducha świętego, jego żywiołowość, jego figlarny charakter. Doświadczyliśmy różnicy pomiędzy religijnością a żywym Bogiem. Religijność to taka umowa pomiędzy nami a Bogiem, ale to że Bóg się na nią godzi, wcale nie znaczy, że Bogu ta umowa wystarcza. On nagle wyskakuje zza ołtarza i woła: a kuku! Tu jestem! Jestem żywy! Jestem życiem! Nie śpij! Nie śpij w kościele, nie prześpij swojego życia! Szukaj mnie! Oswój mnie, bo i ja chcę cię oswoić. Jaka szkoda, że my to realne działanie Ducha świętego traktujemy jako coś świeckiego, nieistotnego, przypadkowego. Działanie Ducha świętego zupełnie się rozmija z naszym wyobrażeniem religijności, nabożności. On do nas „mruga okiem z szelmowskim uśmiechem” a my przed nim padamy na kolana.

Inne spostrzeżenie, które przychodzi mi na myśl: Biblia jest tak naprawdę... dziennikiem. To ma swoje wielkie znaczenie, czyni wielką różnicę. Kiedy ktoś pisze jakąś książkę naukową systematyzuje wiedzę. Przekazuje wiedzę w zorganizowany sposób. My możemy czerpać z takiej książki wiedzę ufając, że autor wykonał dobrą pracę. Z dziennikiem jest inaczej. Autor dziennika ma prawo się mylić, ma prawo zmieniać zdanie. W dzienniku są zapisane chwilowe przemyślenia. Książka, która zawiera wiedzę "zabija" czas, ignoruje go, a dziennik istnieje w czasie, zawiera go, nie walczy z nim, a nawet mu się poddaje. I tak jest z Biblią. Biblia nie powinna być dla nas źródłem wiedzy. Owszem czasami wyciągamy jakiś fragment i czynimy z niego wiedzę, jakąś ogólną prawdę. Biblia jednak nie ma być źródłem wiedzy, ona jest pomocą dla nas w zrozumieniu świata i nas samych. To na przykład jest wielką różnicą pomiędzy Koranem a Biblią. Nie znam Koranu, ale wszelki zbiór sentencji to wiedza. Biblia to dziennik ciągle pisany, to żywa księga.

Oj, miałem ci to wysłać wczoraj, zapomniałem. W ogóle jestem zmęczony. Dla mnie Biblia to fantastyczne odkrycie, ale pisanie o niej innym jest chyba bez sensu. To tylko jakiś bełkot szaleńca. Na przykład psycholodzy wolą buddyzm od chrześcijaństwa między innymi dlatego, że buddyzm zajmuje się rozwojem jednostki, pojedynczego człowieka, a chrześcijaństwo powrotem do Jedności, rozwojem człowieka we wspólnocie. Biblia ciągle pozostaje niezrozumiana, niedoceniona. Trzeba ją przetłumaczyć na język współczesnego człowieka. Wydaje się ludziom, że to zbiór umoralniających historyjek, a tymczasem to raczej „zaszyfrowany przekaz od wyższej inteligencji”. To dokładnie tak, jak z nauczaniem Jezusa – powiedziałbym nawet, że Jezus i jego uczniowie to klucz to zrozumienia Biblii. Jezus wszystkim ludziom opowiadał przypowieści, ale sens wykładał tylko swoim uczniom. Tak samo jest z Biblią. Ludzkość wciąż jest na tym pierwszym etapie czytania Biblii, widzą w Biblii ładne przypowieści. Trzeba stać się uczniem Jezusa, by zacząć czytać Biblię z prawdziwym zrozumieniem, czytać ją swoim ciałem, swoim życiem (wewnętrznie), a nie tylko czytać oczami i umysłem (zewnętrznie). I wtedy nagle okazuje się, że naprawdę jestem synem Boga, jego uczniem. Że on sam mnie prowadzi nie do zniewolenia religijnością, ale do prawdziwej synowskiej, boskiej wolności, ale też nie do wolności jaką daje świat, zniewalający nas fałszywymi obrazami przyszłości. Okazuje się, że Bóg dał mi imię, które jest zapisane w Biblii, zanim świeckie imię dali mi rodzice. Bóg dał mi historię mojego życia, zanim zacząłem sam ją sobie stwarzać. Mogę tworzyć swoje życie, mam takie prawo, ale o wiele ciekawiej jest je odkrywać, bo to życie boże jest o wiele bardziej ekscytujące niż moja wyobraźnia.

I Biblia pokazuje jeszcze jedną rzecz. Chrześcijaństwa nie trzeba bronić przed innymi religiami. Jeśli rozumie się Biblię to okazuje się, że inne religie wskazują na chrześcijaństwo, wspomagają chrześcijaństwo. Broniąc chrześcijaństwo przed innymi religiami tak naprawdę osłabiamy chrześcijaństwo. Dzieje się tak, bo „tłumaczymy Biblię” tylko na język chrześcijaństwa, na język jednej religijności. Należałoby raczej przetłumaczyć Biblię na język buddyzmu i innych religii. Wtedy okazałoby się, że Biblia broni się sama. Biblia jest tą jedyną księgą. To tylko nasze poznanie jej jest ograniczone, ograniczone przez nasz brak wiary, brak zrozumienia, nasz strach przed innymi religiami. Parafrazując dawne hasło reklamowe Coca-Coli już zakończę, bo świetnie oddaje ono prawdę o tym, że Biblia jest oryginalna, jest pierwsza, jak Coca-Cola: Biblia to jest to!

Poniedziałek

Gdyby Biblia była zbiorem wiedzy (jakąś księgą z sentencjami, z prawdami wiary itp.) wiedzielibyśmy, że jest książką ograniczoną, ludzką, bo wiedza zawsze jest niepełna. Tymczasem Biblia jest doskonała i żywa. Nie ma dawać wiedzy, bo zamiast niej daje doskonałe zrozumienie. Jak to możliwe?

A skoro jest doskonała to czemu świat jest tak niedoskonały? W ogóle dlaczego Biblia jest taka, a nie inna i dlaczego świat jest taki, jaki jest? To znów to pytanie, które zadawałem sobie od dziecka: dlaczego jestem tym, kim jestem?

Ja to widzę tak... Porównałbym to do puzzli. Gdy otwieramy pudełko z puzzlami wszystkie elementy są wymieszane. Zabawa polega na mozolnym składaniu ich. Czasem udaje się dopasować elementy, ale przeważnie nie. Po jakimś czasie mamy więc grupki poskładanych elementów, które nie tworzą żadnego spójnego obrazu. Wydawać by się mogło, że nie da się z tych kawałków poskładać jednego obrazka. Wydawać by się tak mogło, gdybyśmy nie wiedzieli jak tworzy się puzzle, a przecież dzieci tego mogą nie wiedzieć. My, dorośli wiemy dobrze, że najpierw powstaje obraz, a dopiero potem maszyna tnie obraz na poszczególne fragmenty i miesza je.

Tak właśnie wedle mnie jest z Biblią. To, co my widzimy czytając Pismo to kilka elementów. Nie potrafimy dostrzec całości. Poskładanie całości obrazu przekracza nasze ludzkie umiejętności choć przecież całość obrazu potencjalnie mamy przed sobą. Biblia jednak w momencie powstania, w tym momencie gdy światło świadomości oświetliło żywe lustro i powstał obraz Jedności, obraz „twarzy Boga”, w tym momencie, który wciąż trwa w teraźniejszości, Biblia była, jest i będzie doskonała, pełna. Poszczególne elementy, które my widzimy są takie a nie inne, bo są określane przez siebie nawzajem. Dokładnie jak puzzle. Puzzli nie da się ułożyć inaczej niż na ten jeden, jedyny sposób.

Dobrze – ktoś powie – ale dlaczego na jednych puzzlach są konie, a na innych Budapeszt? Dlaczego Mojżesz nie nazywa się Protazy, a naród wybrany to nie Buszmeni? Obrazki na puzzlach są przecież przypadkowe. Obrazki na puzzlach to tylko wycinek rzeczywistości. Biblia też wydaje się być przypadkowa. By to zrozumieć znów musimy pamiętać o tym, że Biblia jest doskonała. Rzec można, że to puzzle nie w formie prostokąta, ale obraz w kształcie koła czy nawet kuli (są przecież puzzle 3D). Kula to kształt idealny, doskonały, zawiera w sobie pełnię, a wszystkie punkty na jej powierzchni są tak samo oddalone od centrum, które jest tylko jedno. Wszystko na świecie jest takie, jakie jest, bo gdyby było inne nie pasowałoby do tej jednej, jedynej doskonałości jaką współtworzy. To bardzo pocieszająca myśl, bo wystarczy spojrzeć na siebie i uświadomić sobie, że ja też jestem doskonały. Już teraz jestem doskonały. Chrzest czy każda spowiedź jest obmyciem mnie z tego kurzu, który nie pozwala mi zobaczyć tej doskonałości. W Jedności wszyscy jesteśmy doskonali, bo Jedność jest doskonała. Życie każdego ma sens. Nie zrodził nas przypadek, a Bóg, Jedność.

Ale co z grzechem? Przecież nie chodzimy święci do końca życia po spowiedzi. Oczywiście w temacie grzeszności „specjalizują się” ewangelie. Mnie jednak zainteresowało to, jak przedstawia ten temat sam początek Biblii. Słowo „grzech” pojawia się dopiero przy historii Kaina i Abla. Czyżby Adam i Ewa nie popełnili grzechu?

Postawiłem sobie kiedyś inne pytanie: dlaczego Bóg zasadził drzewo poznania dobra i zła skoro nie chciał tego, by ludzie jedli owoce z tego drzewa? Doszedłem do przedziwnego wniosku. Nie chodzi tyle o drzewo i owoc, bo to jest też Jedność, też Bóg. Chodzi tak naprawdę o sposób spożycia. Chodzi o to, że Ewa sama zerwała owoc, który miał być podany jej przez Boga. W ewangeliach ten sam obraz odnajdujemy w czasie ostatniej wieczerze – mówił o tym Kazik w czasie paschy. Judasz sam macza chleb w sosie. Nie czeka na to, by Jezus go nakarmił. Dokładnie tak samo rodzi się grzech w naszym życiu: nie czekamy na to, by Bóg „nakarmił nas” swoim pomysłem na nasze życie.

Skąd więc bierze się grzech? Z naszego ciała? Z pożądliwości, z poddania się zwierzęcym instynktom? Wedle mnie wcale nie. Co byłby warty Bóg, który człowieka stworzyłby tylko duchowo doskonałym, a cieleśnie ułomnym? Odpowiedź odnajdujemy właśnie w historii Kaina i Abla. W najnowszym tłumaczeniu z języków oryginalnych, które bardzo lubię tak pisze: Wtedy Pan rzekł do Kaina: „Dlaczego się złościsz i chodzisz ze spuszczoną głową? Czyż nie jest tak, że jeśli dobrze postępujesz, podnosisz głowę, a jeśli nie postępujesz dobrze, grzech czyha u twych drzwi? On chce tobą zawładnąć, a przecież ty możesz nad nim panować”.

Kain złościł się czyli miał napięte mięśnie. Chodził ze spuszczoną głową czyli był zatopiony w swoich myślach. Biblia mówi tu wprost jak nie należy żyć. To najbardziej pierwotna instrukcja samoobsługi człowieka. Zrelaksuj się, pomyśl o czymś innym. Przestań walczyć. Bądź jednością ciała i umysłu. Kain i Abel to bracia, rzec można to metafora ciała i umysłu. Umysł „zabija” swojego brata, ciało wtedy gdy się złości, gdy pogrąża się sam w sobie. Umysł ma kochać ciało, dbać o nie. I tak naprawdę nie ma znaczenia jakie mamy intencje. Możemy działać wedle nas w dobrych intencjach, ale jeśli działamy przeciw jedności naszego organizmu oddalamy się od Jedności, od Boga.

Ta historia oczywiście ma wiele wymiarów. Znów tu chodzi o to, o czym pisałem wcześniej: Kain porównał swoją ofiarę do ofiary Abla, tak jak my porównujemy nasze życie do życia innych ludzi. Im bardziej porównujemy się do innych, tym bardziej oddalamy się od tego, jakim widzi nas Bóg, od doskonałości.

Bardzo podoba mi się to sformułowanie: „grzech czyha u twych drzwi”. Wynika z tego, że nie jesteśmy grzeszni. Że grzech jest na zewnątrz nas, ale blisko. Gdzie? Wedle mnie jest w sferze myśli. Kiedy to nie my panujemy na myślami, ale to one panują nad nami. Pomazane krwią drzwi to symbol Jezusa, jak mówił Kazik w czasie paschy. Być może te drzwi, o których tu czytamy to też Jezus, świadomość, światło naszego życia. Grzech wkrada się w nas gdy brak jest światła w naszym myśleniu, gdy nasze myśli pogrążają się w cieniu, które same tworzą. Warto to sobie wyobrazić, zobaczyć, przypomnieć sobie sytuacje z własnego życia w których byliśmy zaślepieni, źli...

Wtorek

Złość człowiek tworzy sam. Złościmy się, bo czujemy się niedowartościowani, uważamy że inni mają lepiej, więcej niż my. To oczywiste, że w życiu nie spotykają nas tylko powody do radości. Mamy też powody do smutku. I właśnie smutek jest tym uczuciem, którego powinniśmy doświadczać zamiast złości. Gdyby Kainowi było smutno, gdyby miał żal do Boga i porozmawiał z Nim, nie zabił by Abla.

Na sobotnim kursie uwielbienia głęboko Bóg wszedł w nas. Czułem smutek, miałem ochotę płakać. To najbardziej pierwotne moje uczucie. Moja matka chciała pozbyć się ciąży. Bóg ją dotknął i zmieniła zdanie, ale po tym zdarzeniu pozostał w głębi mojego serca smutek. Dziecko jakim byłem, dziecko w okresie prenatalnym nie potrafi się złościć, bo nawet nie wie na kogo miałoby się złościć. Czuje smutek oddzielenia, odrzucenia. To naznacza na całe życie. Przez całe życie trudno potem wchodzić w relacje z innymi ludźmi. Człowiek taki jak ja nieświadomie odrzuca innych ludzi od nawiązania przyjaźni.

To też ma swój ciekawy aspekt. „Nie ma miłości bez nienawiści” to szokujące w pierwszej chwili zdanie. Ceną za to, że na świecie jest miłość jest to, że jest na świecie nienawiść. Otóż złość jest powiązana z poczuciem własności. Jesteśmy źli na swojego brata, na swoją żonę czy męża, na swoje dzieci. Czasem jest to nasz hałasujący sąsiad czy wścibska sąsiadka. Słowem jesteśmy źli na tych, z którymi mamy jakąś relację. Czy można być złym na kogoś z kim relacji nie mamy? Jeśli widzimy, że ktoś czyni źle, ale nie mamy z nim relacji to po prostu jest nam smutno. Jakoś łatwiej nam wtedy oddzielić grzech od grzesznika. Zatem powodem tego, że się na kogoś złościmy nie tyle jest to, że ktoś postępuje źle, bo to zalewie powód do smutku, ale to, że traktujemy go jako naszą własność, że mamy z nim jaką więź. Gdybyśmy na przykład nasze dzieci traktowali jako dzieci boże, a nie nasze to bylibyśmy smutni z powodu ich niewłaściwego zachowania, a nie wściekli. Jeśli więc przeprowadzimy generalną zmianę w naszym życiu, niczego i nikogo nie będziemy uważać za naszą własność, nawet nasze życie już nie będzie „nasze” to wtedy staniemy się wolni od złości. Czy przestaniemy kochać? W pewnym sensie tak, bo przestaniemy budować miłość na relacjach. Raczej staniemy się miłością, staniemy się współczuciem, staniemy się Jezusem, choć przecież buddysta powiedziałby że staniemy się Buddą, bo w samym centrum wszelkiego życia jest ta sama miłość, ta sama pierwotna przyczyna powstania świata: mieszanina miłości, tęsknoty, bożego szaleństwa, bożej fantazji...

Gdy w tym czasie wchodzi się do kościoła na całonocną adorację już samo bycie w kościele w nocy zdaje się być formą liturgii. W ciemności kościoła pali się ogień paschału. To spotkanie z Duchem świętym. On czeka. Można odczuć Jego oczekiwanie.

Co zdziałałby Jezus bez Ducha świętego? Co zdziałałby bez czynienia znaków i cudów, bez uzdrawiania, wypędzania złych duchów, rozmnażania chleba? Wydaje się, że to pytanie zupełnie niepraktyczne. Wcale nie. Wystarczy je inaczej postawić. Co zdziałaliby uczniowie Chrystusa po dniu pięćdziesiątnicy bez mocy czynienia znaków i cudów? To oczywiste: byli tak słabi i zastraszeni, że Chrześcijaństwo by w ogóle nie powstało.

Tu dochodzimy do pytania być może najważniejszego: dlaczego po tym pierwszym okresie zanikły charyzmaty? Chrześcijaństwo bez charyzmatów stało się jedną z religii, niewiele różniącą się od innych: islamu, buddyzmu, animizmu... Zanikło to, co było najbardziej wartościowe. Niczym samolot pasażerski w którym wysiadł jeden silnik Kościół przez większość czasu leciał przez świat na jednym tylko silniku, na męczeństwie. Drugi silnik, którym są charyzmaty, w kościele katolickim zaskoczył ponownie na początku 1967 roku, mniej więcej wtedy gdy losy mojego życia decydowały się przed gabinetem ginekologa czyli licząc wedle mojego życia – dawno, ale licząc wedle życia Kościoła – zaledwie przed chwilą.

Środa

Podstawowy błąd jaki z tego wyniknął polega na skoncentrowaniu się tylko na Jezusie. W świadomości przeciętnego wiernego uczyniono z Jezusa jedynie męczennika, jedynego Boga, niemal „martwego bożka rozpiętego na krzyżu”. Co przeciętny chrześcijanin wie o dniu pięćdziesiątnicy? Nie pytam o wiedzę, ale o zrozumienie, o osobiste doświadczenie Ducha świętego. Bez tego osobistego doświadczenia chrześcijaństwo to tylko kolejny wyprodukowany przez świat system umoralniający, system wedle którego mamy być trochę lepsi.

Można powiedzieć z dużą przesadą, że dla przeciętnego wiernego Biblia kończy się na ewangeliach. Tu kończy się jej świętość. Dzieje apostolskie to tylko „historyjki z życia pierwszych męczenników”, tak jak listy to „pisma filozoficzne”, a o apokalipsie lepiej nie mówić.

Nie sposób poznać Ducha świętego, a śmiem twierdzić nawet, że nie sposób zrozumieć całego chrześcijaństwa, całego sensu misji Chrystusa bez zrozumienia Dziejów apostolskich. Dzieje to „solówka” Ducha świętego. To jego popisowy numer. Gdy chrześcijaństwo odkryje ukrytą stronę Dziejów apostolskich dozna rewolucji. Nie będzie już takie jak dotychczas.

Mówiąc bardziej konkretnie: Duch święty zawarł z Dziejach zaszyfrowany przekaz dla nas. Nic zapisanego w Dziejach nie pozostawił przypadkowi. I właśnie dziś, konkretnie dziś, w środku tygodnia biblijnego Kościół czyta największą tajemnicę Dziejów, największy nieodkryty sekret Biblii. To ósmy rozdział Dziejów. To nowy początek chrześcijaństwa, jego wielka przemiana. Ale zacznijmy od początku...

Tak jak Jezus wybrał sobie symbolicznie dwunastu z których jeden stał się skałą Kościoła, a drugi stał się przyczyną jego śmierci, tak też było z Duchem świętym. Jezus wytyczył dwie drogi i dokładnie to samo, ale na swój sposób zrobił Duch święty. Paraklet wybrał siedmiu. Siedem oznacza pełnię, doskonałość.

Wydaje się nam, że w całej tej historii o diakonach chodzi tylko o obsługiwanie stołów, o pomoc przy ołtarzu, a tylko przypadek sprawił, że jeden z nich stał się pierwszym męczennikiem. Bądźmy szczerzy: Dzieje to dla nas historia św. Piotra i Pawła. Całe bogactwo znaczeń zawartych w Dziejach ginie w ich cieniu. Oświetlmy je.

Duch święty wybrał siedmiu z których znamy życie dwóch. To nie przypadek. Podobnie jak św. Piotr i Judasz wyznaczają oni dwie drogi, ale nie jest to przeciwieństwo wykluczające się jak w przypadku wyboru Jezusa. Przeciwieństwa mogą wykluczać się, ale mogą też dopełniać się. Wybór Ducha świętego to wybór dwóch dróg jakimi można podążać za Duchem świętym. Obie są wspaniałe, święte.

Zauważmy, że słowo „wybór” ma tu dwa znaczenia. Jezus i Duch święty wybrali dwóch, wskazali dwie drogi, ale i my mamy wybór dwóch dróg. Ten wybór działa w dwie strony, jest pełen życia, dynamiczny. Nie dokonał się kiedyś dawno temu, ale dokonuje się stale w życiu każdego z nas. Stąd ta prawda jest szalenie ważna, a niestety jest zupełnie niezrozumiana.

Mamy wybór wobec Jezusa. Możemy iść za nim albo iść swoją drogą ignorując to, że wziął on na siebie karę za nasze grzechy. Wiemy to dobrze. Ale mamy też wybór wobec Ducha świętego. Jaki? Tego przeciętny chrześcijanin zupełnie nie wie.

Duch święty dokonuje swojego wyboru w szóstym rozdziale Dziejów. W następnym, siódmym rozdziale poznajemy pierwszą drogę. To rozdział o diakonie Szczepanie. Chyba nawet nie kojarzymy tego, że jest on diakonem. Dla nas to przede wszystkim święty Szczepan, pierwszy męczennik. To właśnie on jest pierwszą drogą. On jest tym jedynym, sprawnie działającym silnikiem samolotu jakim jest chrześcijaństwo. Im dalej chrześcijaństwo leciało w mroki nocy średniowiecza tym bardziej męczeństwo stawało się jedynym sposobem jego działania. Zupełnie jakby pasażerowie samolotu lecącego na jednym sprawnym silniku przyzwyczaili się do tego faktu, uznali to za rzecz zupełnie oczywistą, przestali się bać awarii tego ostatniego silnika. Rzeczywiście męczenników nigdy nie zabrakło.

Jednak w Bogu i w ludziach gdzieś głęboko pozostała jakaś tęsknota, jakaś emocjonalna pamięć, że to nie wszystko. Jakaś chęć do odrodzenia się, do powrotu do początku, do czasu gdy oba silniki nadawały potężny lot maszynie. Wedle mnie to się zaczęło tu, u nas, na polskich ziemiach. Bóg dotknął swój naród wybrany, przypomniał mu o życiu mistycznym. Tak powstał ruch chasydów. Dziś chasydzi to znów tylko religia jak inne. Mistycyzm zgasł, ale to był początek. Bóg zaczął krzesać iskrę, która miała rozpalić świat.

Dary Ducha świętego zaczęły powracać. Mówienie językami, ten pierwszy najbardziej znany dar, zrodził ruch zielonoświątkowy. Z czasem dary Ducha świętego powróciły i do Kościoła katolickiego, a ujmując to inaczej, z czasem to Kościół katolicki zaprosił je do siebie, otworzył się na nie. Ciągle jednak ich nie rozumie. Nie docenia ich wagi. Nie może docenić bez zrozumienia przesłania zawartego w Dziejach.

Powiedziałbym tak, że gdy święty Szczepan ginie ukamienowany, mentalnie przeskakujemy z siódmego do dziewiątego rozdziału Dziejów. To jest genialnie zapisane w Biblii. Jest siódmy rozdział o Szczepanie, ósmy rozdział zaczyna się w pół zdania o Szawle i nagle przekierowuje nas Pismo na dziewiąty rozdział. Chodzi mi o to, że ten ósmy rozdział jest specjalnie ukryty, jakby wtrącony. Trudno to wyjaśnić, trzeba się wczytać.

Te cyfry rozdziałów nie są przypadkowe jak zwykliśmy uznawać. Skoro św. Szczepan zostaje umęczony w siódmym rozdziale – a siódemka to symbol pełni, doskonałości jak pisałem – wydawać by się mogło, że męczeństwo to szczyt chrześcijaństwa, że to istotnie jedyna, doskonała droga. Nie chodzi tu tylko o oddanie życia przez męczenników. Męczeństwo to także rozwój zakonów (zapominamy, że zakony to pomysł skopiowany z religii Wschodu), celibat księży. Ideał męczeństwa sprawił, że Kościół to duchowni, a nie świeccy. To zupełne przeciwieństwo tego, czym Kościół był na początku. Przecież na początku Kościół to byli tylko świeccy: rybacy, celnicy, byłe prostytutki... słowem normalni, grzeszni ludzie. I tu też widać ten przeskok ponad ósmym rozdziałem Dziejów. Od świętego Szczepana, pierwszego męczennika przeskakujemy do Szawła, który stał się świętym Pawłem, rzec można pierwszym chrześcijańskim duchownym, człowiekiem religijnie wykształconym i zaangażowanym.

Co pomijamy? Czego nie zauważamy? Co przeoczyliśmy w Biblii? Rzecz szalenie ważną. Ósmy rozdział. Co w ogóle oznacza ósemka w biblijnej symbolice? Bóg stworzył świat w siedmiu dniach, a co potem? Jezus zmartwychwstał w nocy ósmego dnia, co było potem? Coś nowego. Nowy początek. Okazuje się, że to nie koniec. Okazuje się, że zawsze jest jakiś nowy początek.

Gdy ginie Szczepan apostołowie chowają się ze strachu w Jerozolimie. Można powiedzieć, że powracają do swego niechlubnego początku w wieczerniku sprzed pięćdziesiątnicy. Pozostali uczniowie uciekają z Jerozolimy. Te dwie połówki Kościoła zostają rozdzielone. To mogło oznaczać albo śmierć, koniec Kościoła, albo jego nowy początek.

Nowy Początek ma na imię Filip. Kto zna z imienia ten Nowy Początek? Kto go zauważa? Rzecz w tym, że trzeba stać się tym Nowym Początkiem, trzeba uwierzyć w to, że jest się Filipem, by dostrzec tę prawdę, by doświadczyć tego, że w ogóle jest jakiś nowy początek. Bóg nie przypadkiem nadaje wyjątkowym ludziom nowe imię – Abrahamowi, Piotrowi, Pawłowi. W ten sposób daje im drugie życie. Określa gdzie kończy się stare i gdzie zaczyna początek nowego.

Filip – cóż za niepoważne imię dla Nowego Początku. Powiedzenie „jak filip z konopi” oznacza zająca wyskakującego nie w porę, wtedy gdy nikt się tego nie spodziewa. Ten Filip też wydaje się pojawić jakoś nie na swoim miejscu. Ten drugi ze znanych wybranych przez Ducha świętego na złość Kościołowi nie zostaje męczennikiem, nie można mówić o nim „święty Filip”. Ciekawe ile na świecie jest kościołów pod jego wezwaniem? Zauważyłem jakiś luterański, anglikański. Gdyby tak tylko dał się ukamienować, ukrzyżować albo choćby pożreć przez lwy ta liczba wyglądałaby zdecydowanie bardziej imponująco, zasłużyłby sobie na bycie wzorem dla katolików.

Tymczasem później okazuje się, że ten Nowy Początek ma dom, żonę, dzieci... Oj, wstydź się Filipie! Spójrz na patrona tego dnia, na świętego Marcina I, ostatniego którego Kościół wpisał do katalogu papieży i męczenników. Ty byłeś pierwszy, byłeś Nowym Początkiem, który nastąpił gdy umarł Kościół. Jak człowiek, który tak pięknie zaczął, był pełen Ducha świętego, dokonał tak wielkich czynów mógł tak marnie skończyć – na łonie rodziny. Nie jest ci głupio jak o tobie, diakonie Filipie mówią „święty Filip” jedynie przez pomyłkę?

Oczywiście żartuję sobie, by pokazać generalną różnicę pomiędzy tymi dwoma postawami, dwoma wyborami jakie daje nam Duch święty. Gdzieś na pewnym etapie swego rozwoju Kościół postawił znak równości pomiędzy męczeństwem a świętością. Zakłamało to obraz chrześcijaństwa. Znów obrazowo trzeba to przedstawić. To tak, jak w wyścigu kolarskim: na starcie wyruszył do biegu cały peleton, ale w pewnym momencie do przodu wyrwał jeden uciekinier, potem za nim następni i w rezultacie porobiły się różne grupki rowerzystów, którzy jechali z różnymi prędkościami: liderzy (czyli ci którzy uciekli oraz ci którzy chcieli ich dogonić) i maruderzy pragnący tylko dojechać z innymi w peletonie do mety. Tak jest z Kościołem. Tym pierwszym uciekinierem był św. Szczepan. Za nim podążyli inni męczennicy. W końcu zaczęli się liczyć tylko liderzy: duchowni, księża, zakonnicy. Świeccy w Kościele stali się pożałowania godnymi maruderami.

Tak było. Dopiero od nie dawna głosi się o tym, że wszyscy jesteśmy Kościołem, a Kościół bez świeckich traci swój sens. Męczeństwo to istotnie świętość, ale nie jedyny jej rodzaj. Jest też świętość innego rodzaju, bowiem świętość nie jest określana przez śmierć jak nam się wydaje, ale przez życie.

Cóż mogę napisać o życiu Filipa ponad to, co napisałem rok temu w tekście „Odnowa ziemi”? Biblia to nie coś, co się zakończyło. To nie kolejna książka zbierająca kurz na domowej półce. Biblia to coś, co rozgrywa się współcześnie. Przecież tę cykliczność widać już w samej Biblii. Historie Starego Testamentu znajdują potem swój odpowiednik w Ewangeliach. Tak też Dzieje mają swoje odpowiedniki dziś.

„Ach, Filipie, ach, Filipie, Trzeba znać się na dowcipie!” mówi Prot w wierszu polskiego żyda, Jana Brzechwy. Biedny ten Filip. Tyle razy Prot robił mu kawały, tyle razy Filip został ośmieszony a nawet poturbowany. Ale właśnie dzięki temu, że ta przyjaźń jest taka właśnie, jest... wyjątkowa. Nie inaczej jest w życiu Filipa i Parakleta. Czytając Ósmy rozdział Dziejów wydaje się, że Filip jest tylko popychadłem, bez charakteru. Jeśli Szczepan w siódmym rozdziale wygłasza płomienną, niesłychanie długą mowę, to Filip w Ósmym rozdziale miałby się głupio gdyby się z nim porównał. Filip milczy gdy swoje kwestie wypowiada Szymon Mag. Nawet dworzanin ma więcej do powiedzenia od Filipa. Filip wypowiada zaledwie jedno zdanie, cztery słowa. Ale jakie to są słowa! Mówi: „Czy rozumiesz, co czytasz?” Kogo on pyta? Owego dworzanina, etiopskiego ważniaka? A może pyta ciebie. Ty, który dziś czytasz Biblię, czy rozumiesz, co czytasz? A może pyta Kościół: czy rozumiesz, co czytasz? Ale to czytanie będzie dopiero jutro, w czwartek.

Czyż i w nas samych nie ma takiej bliskiej, choć czasem bolesnej przyjaźni jak u Filipa i Prota? Przyjaźni pomiędzy człowiekiem a jego duszą? By zrozumieć Filipa, zrozumieć mistykę nie można patrzeć na niego jak na człowieka, jedynie zewnętrznie, powierzchownie. Paraklet działa w Filipie, a Filip porusza się w Paraklecie. Jest inaczej niż w przypadku Szczepana, gdy Duch święty działał poprzez słowa. W przypadku Filipa działa poprzez ruch. W kulminacyjnym momencie Filip zostaje porwany, uniesiony w powietrze, ale nie jest to wydarzenie budzące grozę, a tylko radość.

Oczywiście nie jest tak, że Filip jest jedyną wisienką na biblijnym torcie, choć fakt porwania go przez Ducha Pańskiego jest rzeczą wyjątkową. Znaki i cuda czynili też inni. Rzecz w tym, że w osobie Filipa Duch święty składa nam tę drugą propozycję: możesz być człowiekiem świeckim, możesz mieć rodzinę, a jednocześnie czynić znaki i cuda, możesz być Nowym Początkiem. Ja przez długie lata nie chciałem zaangażować się religijnie, bo miałem przekonanie, że zbliżenie się do Jezusa musi oznaczać cierpienie. Nie wstydźmy się przyznać: jest w nas strach przed męczeństwem, strach przed tradycyjnie rozumianą świętością. Wcale nie chcemy umierać dla Jezusa, nie chcemy umierać za wiarę, nie palimy się do celibatu czy zakonu i nie ma w tym niczego złego. Mamy wybór. Druga droga. Jest też świętość mistyczna, charyzmatyczna, ta filipowa, wcale nie gorsza od tej szczepanowej.

Ludzka wiedza wciąż się poszerza. Wiedząc, że jutro będziemy wiedzieli więcej, zdajemy sobie sprawę z tego, że dziś wiemy wciąż mało. Jednak dziś czy jutro – zawsze nasza wiedza będzie ograniczona. Wydaje się więc nam, że tylko fantazja jest nieograniczona. Swego czasu przeczytałem osiemnaście książek króla polskiej fantastyki naukowej, Stanisława Lema. Fascynował mnie ten pisarz – o dziwo – jako wielki humanista. Dziś jednak, gdy wszedłem w świat Biblii, uważam że i ludzka fantazja jest ograniczona. Albo mówiąc bardziej poetycko, dziś wiem, że jest coś bardziej nieograniczonego niż ludzka fantazja, jest coś czego człowiek nie potrafi sobie wyobrazić, a jednak potrafi tego doświadczyć. To świat wiary, świat mistyki, w który Stanisław Lem nigdy nie wszedł.

To o czym w tym tekście piszę to nie rezultat zdobytej przeze mnie wiedzy. To nie jest też wytwór mojej fantazji. To wiara. Wiara nie w znaczeniu prozaicznym – jako ufanie w to, czego nie można sprawdzić. Wiara to doświadczanie czegoś czego nie ma, a co jednak się sprawdza, gdy w to uwierzymy. Świat wiary nie lubi geniuszów takich jak Lem. Nie lubi nawet ludzi wykształconych. On lubi prostaczków. Nie, nie dlatego że wiara coś im może łatwo wmówić. Wtedy była by to tylko religijność. Rzecz ma się zupełnie inaczej. Świat wiary lubi prostaczków, bo sam Bóg jest prostaczkiem. Takie stwierdzenie może szokować. Przecież Biblia jest taka wielka, skomplikowana, a świat tak niepojęty. A jednak zdaje mi się, że właśnie tak jest. Jedność jest prosta, aż nazbyt prosta dla prostaczków.

Świat jest wybuchem bożej fantazji. Jak każda eksplozja i ta jest procesem dynamicznym – ona wciąż trwa. Można by ją porównać do teorii wielkiego wybuchu, gdyby nie to, że ta teoria jest tak okropnie bezduszna. Wybuch bożej fantazji ma duszę, jest nią Biblia właśnie. Kim jest człowiek? Czym jest człowiek? Jakie jest jego miejsce w świecie? Jakie stoją przed nim wybory i drogi? Jaki jest cel człowieczeństwa? Odpowiedzi na miliony pytań możemy znaleźć w Biblii. Nie znajdziemy ich jednak szukając tylko wiedzy. Musimy ponieść klęskę w pokładaniu zaufania w sobie samym. Musimy być spragnieni osobistego zrozumienia.

Oczekiwać od Biblii wiedzy to tak, jakby oczekiwać wiedzy od znajomości jakiegoś języka. Owszem każdy język opisuje świat na swój sposób, ma w sobie zawartą jakąś mądrość o świecie, ale nade wszystko język to tylko narzędzie do porozumiewania się. Tak właśnie jest z Biblią. Bóg jest prosty, ale język, którym chce się z nami porozumiewać jest niewyobrażalnie bogaty, nieskończenie wyrazisty. Biblia, Księga, Pismo, Słowo – to boży język. Uniwersalny język. Nieznający granic kulturowych czy czasowych. Nie może być inaczej. Bóg nie zrobił by bubla, bo nie potrafi. On tworzy tylko doskonałe rzeczy. Doskonałość jest Jego jedynym ograniczeniem.

Czwartek

Zegar spadł. Strzaskała się jego szyba. To dziś Kościół czyta ten fragment, który dostałem po mojej śmierci. Mój nowy początek. Już w momencie, gdy go pierwszy raz czytałem on żył, on się zmieniał, od się poruszał we mnie. Nie sposób tego opisać. Nie sposób tego pokazać. To jak małżeński seks – z zewnątrz wygląda banalne, a gdy się to samemu przeżywa to samo wspomnienie budzi w ciele rozkosz, podniecenie. Nie ma sensu nawet próbować. Zrobiłem to w dzienniku, na gorąco.

Ale najwspanialsze było to, że po chwili przeszedłem z Bogiem na Ty. Nawiązaliśmy inną, nową relację. Jak ważne to jest pokazuje choćby Jezus, który tylko raz się zezłościł, w świątyni jerozolimskiej, a to dlatego, że tylko z Ojcem miał relację. Mimo tego, że kochał tak bardzo swoich przyjaciół nie traktował ich jako swoją własność. Tylko Tatuś, tylko Abba był jego własnością, jego częścią, był nim samym...

Wspaniała jest ta ewangelia na dziś: Jan 6, 44-51.

Przecież Prorocy zapisali: Wszyscy będą uczniami Boga. Każdy, kto posłuchał Ojca i przyjął Jego naukę, przychodzi do Mnie. I nie dlatego, że zobaczył Ojca. Ojca bowiem zobaczył tylko Ten, kto pochodzi od Boga.

Jezus jest światłością, jest światłem świadomości. Dlatego tylko On zobaczył Boga. Nie tyle w tym sensie, że przed swoim narodzeniem zobaczył Boga. On jest światłością, która oświetla w wiecznej teraźniejszości Jedność. Choć oczywiście dla nas bliższy jest w ludzkiej postaci. Dlatego oddał nam to, co miał najcenniejszego, ciało i krew.

Oczywiście Bóg nie jest chomikiem, któremu można nadawać imię wedle własnej fantazji. Bóg wypowiadając moje imię sam określił swoje imię. Sam określił relację między nami. Tak jak Jezusa nazywając swoim Synem umiłowanym sam określił siebie jako Ojca, Tatusia. O tej relacji nikt nie może dać nam wiedzy. Nie możemy jej sobie wymyślić. Można w nią tylko uwierzyć, a jeśli będzie ona autentyczna to się sprawdzi. Tak było w moim przypadku. Kilka dni po tym czytaniu spotkałem mojego dworzanina królowej etiopskiej, lecz zrozumiałem to dopiero później.

Czy popełniamy błąd wszyscy nazywając Boga naszym Ojcem? Z pewnością nie. Choćby dlatego, że Jezus jest naszym bratem, więc mamy wspólnego Ojca. Jednak ja popełniłbym błąd pozostając wtedy przy relacji, którą znałem z wiedzy, kierując się poprawnością religijną czy fałszywą skromnością, a ignorując tą, którą doświadczywszy zrozumiałem, w którą z uśmiechem na ustach uwierzyłem, a która niedługo się całkiem poważnie potwierdziła. Bóg jest naszym Ojcem, ale dla każdego z nas ma inną relację, inne imię, a co za tym idzie inne swoje imię chce od nas usłyszeć. Nie chce być anonimowym Bogiem czy nawet anonimowym Ojcem. On chce być wyjątkowy tak, jak i nas stworzył do bycia niepowtarzalnym.

Nie da się zatem odwrócić tej kolejności. Przed naszym poczęciem Bóg wypowiada nasze imię. Bóg stwarza nas wypowiadając imię. A skoro porozumiewa się swoim językiem, Biblią, to imię to powinno być w Biblii, czyż nie tak? My jednak tego imienia nie znamy. Nie powiedzą go nam rodzice, ani świat. Nie podpowie go nam własna fantazja. Powiedzieć je może tylko... Biblia. Co potem się dzieje to już tajemnica zamknięta w tej jedynej, niepowtarzalnej relacji między tobą a Bogiem.

W przypadku wyboru Jezusa mamy realny wybór. Możemy się od niego oddalać lub przybliżać coraz bardziej. Takich wyborów zwykle podejmujemy wiele przez lata. Czy jednak w przypadku wyboru Ducha świętego tak naprawdę o wybór chodzi? Czy wybieramy typ relacji jaką mamy z Bogiem, z Duchem świętym? Nie tyle o wybór tu chodzi, ile o świadomość własnej duchowej drogi. Jeśli męczeństwo, drogę poświęcenia się utożsamiamy ze świętością to nie doceniamy drogi charyzmatycznej, drogi czynienia znaków i cudów. To dotyczy każdego z nas, ale i całego Kościoła. Gdyby w Kościele więcej było ludzi idących drogą Filipa, drogą charyzmatów to wtedy Kościół mniej potrzebowałby męczenników. Nigdy w historii Kościoła nie było tak dużo męczenników co obecnie – może dlatego że charyzmatyków jest tak mało?

U podstaw tego braku równowagi leży to, że Kościołowi jako instytucji łatwiej było zaliczać do grona świętych kierując się śmiercią świętego, a nie życiem. Doprowadziło to do tego, że sama męczeńska śmierć stała się ideałem, życie spychając w świeckość. Mistyka chrześcijańska została zarezerwowana dla zakonników i księży.

Absolutnie nie chcę by to zabrzmiało lekceważąco wobec ludzi, którzy oddają życie za wiarę, ale problem w tym, że świat uodpornił się na męczeństwo. Ilu by męczenników nie było nie spowodują oni przemiany świata. Czy tę przemianę mogą natomiast spowodować znaki i cuda? Czy i na nie świat się już zdążył uodpornić? Mam nadzieję, że nie.

Jakie mają to być znaki i cuda? Te stare? Uzdrowienia, rozmnożenia? A może wciąż nowe? Zaskakujące? Spójrzmy choćby na mój tekst „Odnowa ziemi”. Rok temu, gdy było czytanie z ósmego rozdziału Dziejów okazało się, że to był dzień ziemi. Uświadomiło mi to wtedy, jak bardzo „ekologiczny” jest Bóg, jak bardzo dobro całej ziemi, a nie tylko ludzi wierzących leży mu na sercu. Ktoś powie: udało ci się. W końcu codziennie jest jakiś dzień chomika, dzień czekolady, to można i trafić na dzień ziemi. A dziś? Dziś, gdy Sandra, anioł nie kobieta, czytała w kościele słowo o Filipie, to które zmieniło moje życie – jaki jest dzień? To 1050 rocznica chrztu Polski. Mnie Bóg nie musi przekonywać, choć przecież ujmuje mnie za serce gdy patrzę na uroczystości w Gnieźnie, mam przecież pierworodnego Wojciecha. To są znaki dla innych by czytając to uwierzyli, że nie ja sobie tu coś wymyślam, ale że to Bóg działa w sposób wielki i zaskakujący. A przecież to, czego ja doświadczam i co mogę opisać jest zaledwie małym wycinkiem tego bożego dzieła. W tych dniach mówi się na przykład o drugim po Sokółce cudzie eucharystycznym, w Legnicy. Bóg ma związane z Polską wielkie plany, to fakt.

Piątek

Na dodatek wczoraj we wspólnocie w Akademii Rozwoju Chrześcijanina był temat „Potęga wizji. Poznawanie Bożej wizji dla Twojego życia”. Sposobem na poznawanie tej wizji jest moja książka. Nie piszę książki tworząc sobie jakąś wizję, ale pisząc książkę odczytuję wizję. To Bóg pisze książkę jaką jest moje życie.

Bożym celem jest „Wielka radość zapanowała w tym mieście.” – wielka radość w całym świecie. Do niej prowadzi miłosierdzie. Miłosierdziem jest ten, który nie żywi gniewu, który jest przeciwieństwem Kaina. Nie złością, a smutkiem przepełniony. Drogą co celu jest „Czy rozumiesz, co czytasz?” – jest zrozumienie Biblii. Można powiedzieć, że Biblia jest ciałem Ducha świętego, jest jego materializacją, fotografią. Ciałem Jezusa zaś nie jest tylko komunia, kawałek białego chleba ginący w naszym przewodzie pokarmowym. Ciałem Jezusa jesteśmy także my, nasze ciała. Nie do śmierci przeznaczeni, nie do rozpaczliwego męczeństwa, ale to życia, do wielkiej radości.

Chrześcijaństwo smutne, odwrócone od cielesności, a nawet cielesność piętnujące jest pomyłką, jest spadkiem nocy średniowiecza. Pora najwyższa się obudzić z tego snu przedstawiającego chrześcijanina jako człowieka biczującego się, ponurego, zgarbionego. Otworzyć się na uwielbienie, na śpiew, na taniec, na ucztowanie, na zmysłowość pożycia małżeńskiego. Znaków i cudów nie sposób czynić w smutku. Wpierw trzeba radości. A gdy będzie autentyczna radość i wspólnota to przyjdą i znaki i cuda, przyjdą charyzmaty.

Piątek – stanie pod krzyżem, jest ważnym czasem, ale życie chrześcijańskie tu, dziś się nie kończy. Po tym końcu przychodzi nowy początek, przychodzi zmartwychwstanie, niedziela.

Dziś w piątek czytanie z początku dziewiątego rozdziału Dziejów. Kontynuacją tekstu „Odnowa ziemi” jest tekst „David, zaufaj Bogu”, tekst o współczesnym Szawle, który przenosi nas w zrozumienie właśnie tego fragmentu dziewiątego rozdziału Dziejów.

Jedność nie jest „wynalazkiem” chrześcijaństwa. Każda z religii wytworzyła jakąś szkołę mistyczną, a ponad to Jedność jest po prostu naturalna. Wszystko co żywe w niej trwa lub od niej wychodzi. Także Biblii chrześcijaństwo nie może sobie tylko przypisać, bo jest ona dziedzictwem Tory i żydowskich proroków. To, co wedle mnie jest istotą chrześcijaństwa (choć i tego zapowiedź znajdujemy w Starym Testamencie) jednym słowem opisać można jako... rozmnożenie. Bóg w Duchu świętym poprzez ciało Jezusa rozmnożył sam siebie. Tak w jednym zdaniu opisałbym istotę celu stworzenia świata.

Pascha, ofiara Chrystusa jest skokiem do nowego początku. Chrześcijaństwo zaczyna się w dniu pięćdziesiątnicy. Lecz i wtedy było ono zarezerwowane tylko dla żydów. Ten drugi nowy początek, ta wielka radość, którą w Samarii wzbudził Filip była wyjściem Ducha świętego poza Jerozolimę, na cały świat. Zaś dalej jeszcze, w dziesiątym Rozdziale czytamy o wyjściu do pogan, Duch święty zesłał swe dary nieochrzczonym. Czy do tego dąży Bóg? Czy i tak będzie w przyszłości, że dary Ducha rozleją się po świecie nie czekając na chrzest?

Sobota

Zbliżamy się już do końca tego tygodnia biblijnego, do końca moich rozważań o Biblii. Niedługo już przyjdzie pora na „napisy końcowe”. Tak, bo Biblia jest największym show reklamowym w dziejach świata. Nawet w ostatnim stuleciu, w wieku mas-mediów robi wrażenie. Po epoce felietonu, po epoce telewizji, ostatnie pokolenie ludzkości wychowuje się w epoce internetu. Dziś każdy może się sam zareklamować i sam sprzedać. Nigdy wcześniej ludzie nie byli tak mocno nakłaniani do życia jedynie zewnętrznego, życia w którym liczą się tylko wartości materialne. Kiedyś, gdy śmierć zaglądała komuś w oczy naturalne było, że ten zwracał się ku Bogu. Dziś ludzie myślą o tym, by przed śmiertelną chorobą zwiedzić siedem cudów świata i pokazać to w internecie. Jezus umierając swoim krzyżem wskazał niebo, które nosił w sobie. Był gwiazdą tego show nie dla naszych oklasków czy dla gaży, ale po to, byśmy i my zwrócili się do własnego wnętrza. Jezus ofiarował nam swoje ciało i krew byśmy i my docenili cud własnego życia. Byśmy stali się tak, jak On... Jednością.

Czemu więc wybieramy to, co chwilowe i bezwartościowe skoro widzimy, że żadna strona internetowa nie przetrwa tysięcy lat jak Biblia? Czemu zajadamy się telewizyjną papką zamiast posilić się chlebem Pańskim? Dlatego, że płyniemy z prądem życia, które nas otacza, życia powierzchownego. Unosi on nas z łatwością, bo czujemy się wewnętrznie puści. Za dużo mamy wiedzy, a za grosz zrozumienia. Będąc co tydzień w kościele słuchamy Biblii, bo głośno i wyraźnie jest czytana wszystkim, ale nie słyszymy jej osobiście, jak szepce nam do ucha: kochaj mnie, nie platonicznie, ale intymnie, namiętnie, wejdź we mnie, stańmy się jednym ciałem, bezpruderyjnie kochaj się ze mną. Jestem po to byś miał pewność, że zawsze cię pragnęłam, od początku cię zaplanowałam, jesteś mój, jesteś cały tylko dla mnie i nikomu cię nie oddam.

Nie trzeba tego mojego ostatniego porywu przyjmować dosłownie, bo chciałem tylko przez niego coś uwydatnić, a nie siać zgorszenie. Dochodzimy tu bowiem do sedna problemu, który cały czas przez ten tydzień do nas powraca – do tematu męczeństwa. Co jest przyczyną męczeństwa? Przecież z tego samego powodu żydzi umęczyli i skazali na śmierć Jezusa i św. Szczepana z którego dziś giną chrześcijanie z rąk terrorystów islamskich, a przecież i święta inkwizycja z tego samego powodu torturowała i zabijała ludzi. Wcale nie chodzi o Boga. Bóg przecież nie potrzebuje naszej obrony. Ktoś, kto poznał Boga rozumie, że nie trzeba bronić tego, co jest wieczne i wszechmocne? Powodem religijnej przemocy jest obraz Boga. To ci, którzy Boga nie poznali sami, a tylko mają wiedzę o nim, bronią jego obrazu. Ów obraz Boga uważają za swoją własność, a gdy ktoś przedstawia inny obraz Boga reagują złością. Chrześcijaństwo przedstawia obraz Boga najbardziej intymny, najniżej pochylający się ku człowiekowi stąd jest on największym zgorszeniem i chrześcijaństwo jest najsilniej prześladowane. „To was gorszy?” - pyta dziś Jezus (J 6, 55.60-69), lecz na nic światu chrześcijaństwo oparte na pięknych opowieściach snutych przez kaznodziejów, bo trzeba nam czynów, nie naszych, a znaków i cudów od Boga, jak w pierwszym czytaniu (Dz 9, 31-42). Być może istnieje tylko jeden obraz Boga mogący pogodzić wszystkich ludzi: miłosierdzie boże, którego osobiście doświadczyliśmy. Trzeba nam stać się ciałem tego miłosierdzia.

Niedziela

Tydzień biblijny kończy niedziela budzenia powołań. Jest to zapewne jakaś mądrość Kościoła mówiąca o tym, że Biblia prowadzi do powołania do świętości. Nie tylko do wyrzeczenia się życia świeckiego, by podjąć trud życia duchownego, bo tak znowu powracamy do tego wyścigu kolarskiego, w którym są liderzy i maruderzy. Wszyscy razem jesteśmy powołani do bycia ciałem miłosierdzia. Nie tylko z racji chrztu przyjętego nieświadomie w dzieciństwie i nie tylko z racji starania się o to, by być przyzwoitym człowiekiem w dorosłości. Ta niedziela budzenia powołań wskazuje wedle mnie na niedaleką przyszłość, na dzień pięćdziesiątnicy. Otóż pisałem o samolocie lecącym na jednym silniku. Ta jednostronność chrześcijaństwa, to ograniczenie świętości do męczeństwa, to ograniczenie życia duchowego do życia duchownego nie odbywa się bez tragicznych konsekwencji. Z tego najważniejszego w świadomym życiu chrześcijańskim momentu, z chrztu w Duchu świętym Kościół uczynił uroczystość, bierzmowanie. Wydarzenie, które powinno być bramą do pełni chrześcijańskiego życia stało się pożegnaniem z tym życiem. Tu Kościół ponosi największą porażkę za tę beztroską jednostronność, za niezrozumienie drogi charyzmatycznej, którą reprezentuje Filip.

Powróćmy jeszcze raz do ósmego rozdziału Dziejów. Mimo tego, że w Samarii działy się znaki i cuda, a w całym mieście zapanowała wielka radość Bóg na tym nie poprzestał. Przysłał do Samarii Apostołów, którzy ukrywali się w Jerozolimie. Miało to dwustronny skutek. Z jednej strony odrodził Apostołów, przywrócił im wiarę. Z drugiej zaś mieszkańcy Samarii dzięki nim zostali ochrzczeni Duchem świętym. Bo nakładanie rąk nie może nie mieć tego dwustronnego wymiaru. Nie może być jednostronne. Nie można kupić darów Ducha świętego jak chciał to uczynić Szymon Mag od którego imienia pochodzi słowo „symonia”, ale i odwrotnie, nie można nikomu w dobrej wierze ofiarować tych darów, jak próbuje się to uczynić w sakramencie bierzmowania. Po prostu trzeba dojrzeć do chrztu w Duchu świętym. Trzeba osobiście uznać Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela – nie konkretnie tymi słowami, nie jakąś piękną podyktowaną modlitwą, a własnymi słowami i własną indywidualną postawą. Bo bez przyjęcia chrztu w Duchu świętym wszystko jest zaledwie przygotowaniem do życia chrześcijańskiego. Każdy, kto przez ten chrzest ogniem przeszedł pamięta jego datę, bo był to dla niego pierwszy dzień innego życia, nowy początek.

Dz8.pl | Dersu Uzala Info Copyright by Dz8.pl | Valid HTML | Szablon by Sliffka